Przejdź do głównej zawartości

Wera

Obudziła się, otworzyła oczy. Rozejrzała się i zaraz je zamknęła. Tak, znowu tu jest, znowu jest w tym okropnym miejscu. Nie chciała tu być, zresztą jak co rano.

Opowiadania blogspot

Kraty w oknach, kraty w drzwiach, nawet jej umysł zaczął przypominać jedną wielką żelazną kratę. Ten przerażający chłód... Zimno, tak strasznie jej zimno. Nakryła się mocniej kołdrą.


Co ona tu w ogóle robiła? Za co tu trafiła? Coś jej tłumaczyli, że jakieś paragrafy, jakieś przepisy prawne, że coś tam złamała, czegoś nie przestrzegała. Jeden wielki prawny bełkot.
- Śpisz?!?- usłyszała nagle nad sobą. 
Nie odpowiedziała w nadziei, że będzie mogła jeszcze trochę poleżeć i może nawet pomarzyć o lepszym życiu.
- Wera, śpisz?!?- usłyszała ponownie.
- Nie, kurwa, nie śpię, tylko patrzę na powieki!- odpowiedziała zirytowana.
- Czuję, że dziś na śniadanie będą parówki.
- Co za różnica? Mogą podać nawet arszenik, nie obchodzi mnie to.
- Oj, Wera, daj spokój. Śniadanie to najważniejszy posiłek dnia.
- Może w normalnym świecie, bo tutaj najważniejszy posiłek to ten, którego nie wyrzygasz.
- No z takim podejściem, Werka, to naprawdę...
- A jakie mam mieć?- spytała zrezygnowana i nakryła głowę kołdrą dając tym samym do zrozumienia, że chce mieć spokój.
- Oj, Wera, Wera...
- Oj, Graża, Graża...
- Weź mnie tak nie nazywaj! Jestem Grażyna, a nie żadna Graża!
- Niech ci tam będzie, mnie wszystko jedno.
- Właśnie widzę...
Rozległ się dźwięk gongu, strażniczki zaczęły chodzić po korytarzu i krzyczeć "Pobudka!".
- No i pięknie, nawet sobie chwilę nie poleżałam w spokoju...- zamruczała pod nosem Wera.
- I dobrze, że nie poleżałaś, po co leżeć, kiedy taki piękny dzień?- Grażyna przeciągnęła się.
- Skąd wiesz, że piękny? Słońce widziane przez kraty zawsze wydaje się piękne, w rzeczywistości może być dziś blade i słabe.
- Przy twoim nastroju to nawet słońce blednie i słabnie.
- Nie przesadzaj, nie mam takiej mocy, aby wpływać na pogodę. W zasadzie to nie mam wpływu na nic.

Na stołówce był dziś ogromny ruch. Królował tłum, męczył zgiełk i hałas. Zresztą jak zawsze w porze posiłków. W takim miejscu, jak to, posiłek to wielkie wydarzenie, niemalże przełomowe. To właśnie tutaj, na stołówce, toczyło się całe życie towarzyskie. To tutaj zawierało się znajomości, przyjaźnie, a nawet krótkotrwałe romanse. To tutaj narzekało się na wredne strażniczki, obgadywało się nielubiane współwięźniarki, wspominało się czasy sprzed więzienia, dzieliło się z innymi swoją tęsknotą za bliskimi, a od czasu do czasu knuło się jakieś spiski w celu ucieczki lub chociażby zdobycia większych porcji jedzenia. Ech, jedzenie... Wera była dziś wyjątkowo głodna, mogłaby zjeść nawet tego przysłowiowego konia z kopytami. Choć w sumie zęby miała słabe, kopyt już chyba nie dałaby rady pogryźć.

Co dzisiaj dają? Parówki...? A jednak! Wera zaczęła śmiać się sama do siebie, bo Grażyna znowu miała rację. Jebana! Jak ona to robi, że zawsze wie, co będzie na śniadanie? Jasnowidzka jakaś! Albo wilczyca ze świetnym węchem. Codziennie dają co innego, a ona i tak zawsze wie, co to będzie. Szkoda, że nie umie tak doskonale zgadywać przeszłości, może by "wywróżyła", za co konkretnie Wera tutaj trafiła.

Po niezbyt obfitym śniadaniu (w końcu kto by się najadł parówkami?) jak zwykle przyszła pora na usiłowanie spędzania jakoś czasu. Tak, na usiłowanie spędzania czasu. Co to znaczy? To znaczy: pora na wynajdywanie sposobów na to, aby czymś wypełnić sobie ten czas. Czas, który został dany nam wszystkim w postaci tego oto pięknego dnia. Kolejny piękny dzień zostanie zmarnowany za kratami. Odejdzie w zapomnienie dokładnie tak, jak wszystkie poprzednie piękne dni. Zostanie zamknięty gdzieś tam w szczelinach między więziennymi murami na wieki wieków. Nikt go nigdy nie odnajdzie, nie odkryje i nie zwróci więźniarkom - jego prawowitym właścicielkom. Nikt go również nigdy nie uwolni, ponieważ dni więźniarek zostały skazane prawomocnym wyrokiem i w związku z tym są szczelnie zamknięte, odizolowane od społeczeństwa, dokładnie tak jak i same więźniarki. Dokładnie tak, jak i Wera.

Opowiadania blogspot

Nikt już nigdy tego pięknego dnia nie wskrzesi, nie przywróci z nicości, z niebytu, ze stanu zawieszenia między życiem a... no właśnie czym? Czymś życiopodobnym, nędzną imitacją życia, podróbką oryginalnego, prawdziwego życia? Ciężko stwierdzić. O ja nieszczęsna! O my nieszczęsne!

Niektórzy mówili na nie "osadzone", jednak Werze zawsze wydawało się to określenie jakieś takie niezbyt fortunne. Osadzić to sobie można świecę w lichtarzu, ewentualnie wiosła w dulkach. Więźniarki można tylko odizolować. Oczywiście odizolować od całej reszty państwa, na którą składają się, czy raczej którą tworzą, tak zwani normalni ludzie. Ludzie porządni, praworządni.

One, więźniarki zostały ustawowo odizolowane od obywateli godnych podziwu i naśladowania, z których państwo może być dumne i którym pozwala chodzić wolno po ulicach miast.

Ile zmarnowanych dni kryje się w tych więziennych szczelinach? Czy ktoś umiałby to policzyć?

Wera miała wrażenie, że te zmarnowane w więzieniu dni, a konkretnie ta ich ogromna liczba, niedługo przestanie mieścić się w wyobraźni, przekroczy magiczną granicę ludzkich możliwości poznawczych. Zawsze była dobra z matmy, ale i tak nie miałaby odwagi podjąć się zadania zsumowania tego wszystkiego. Czy raczej podsumowania. Niektórych zadań lepiej jest nie rozwiązywać, zaś niektórych odpowiedzi bezpieczniej jest nigdy nie poznać.

Bezduszne kraty zdawały się mówić "nie wypuścimy was, jesteście winne!". Straszyły i nieustannie przypominały każdej więźniarce, gdzie konkretnie się znajduje. Nie mogła zapomnieć o tym nawet na chwilę. Wszakże została skazana i powinna dotkliwie to odczuć.

Właściwie to Wera nie była Werą. Werą była tylko tak na niby, na potrzeby tego dziwacznego zakratowanego miejsca. Tak naprawdę, poza więzieniem, była Weroniką. Weronika to prawdziwa żywa kobieta z krwi i kości, która miała uczucia. Była wrażliwa, delikatna, może nawet trochę zbyt romantyczna, często płakała na filmach. Wera była po prostu więźniarką.

Więźniarka Wera często marzyła o tym, by ponownie stać się Weroniką. Pragnęła żyć, pragnęła kochać, pragnęła... pragnąć.

Grażyna wolała pozostać Grażyną, nie chciała stać się Grażą. Weronika miała do niej za to ogromny szacunek, taka postawa budziła w niej podziw. Werze było wszystko jedno.

Po śniadaniu na więźniarki czekała siłownia, biblioteka, spacerniak oraz świetlica z telewizorem. Wera i Grażyna korzystały ze wszystkich tych miejsc. Niektóre z "osadzonych" lubiły robić na szydełku bądź na drutach. Wery jakoś to nie pociągało. Niby dla kogo miałaby dłubać te sweterki i szaliczki? Dla siebie samej jej się nie chciało.

Wera nie paliła, Grażyna też nie. Były jednak takie "osadzone", które kopciły jak smoki. Wera nie wiedziała, czy powinno się je potępiać czy podziwiać. Gdyby ona sama tyle paliła, to niewątpliwie już dawno zeszłaby z tego świata. Choć w sumie i tak nie ma za bardzo powodu, by na nim wciąż być.

Wera była zmęczona tą całą monotonią, irytowała ją wszechobecna nuda, złościło poczucie ciągle marnowanego czasu. A przecież ten czas nie zna litości, nie poczeka na nią, aż wyjdzie.

Ćwiczenia, czytanie, spacery, telewizja, a w międzyczasie sen, posiłki i dokarmianie ptaków - ile tak można? Każdy kolejny dzień niczym nie różnił się od poprzedniego. Dni, miesiące i lata zlewały się w jedno, i już nie było wiadomo, czy jakieś wydarzenie miało miejsce wczoraj, przedwczoraj, miesiąc temu czy rok temu. I właściwie nie było wiadomo, czy w ogóle coś się wydarzyło. Tutaj nie miało prawa się coś dziać. Dni odchodziły w niebyt, nie były przetwarzane na wspomnienia, nie zamieniały się w chwile.

Wera lubiła w czasie spaceru od czasu do czasu popatrzeć na gruby mur oddzielający więźniarki, w tym ją, od normalnych ludzi, praworządnych obywateli. Od tych, którzy nie postąpili wbrew dyspozycji normy prawnej.

Pewnego dnia zauważyła na tym grubym murze coś dziwnego. Podeszła, żeby przyjrzeć się temu z bliska. Co to mogło być, co to takiego? Patrzyła na to przez dłuższą chwilę i nie mogła uwierzyć własnym oczom.
- Siemka, coś ty taka zamurowana?!?- usłyszała z tyłu głos Grażyny.
- Widzę, że więzienny humor ci dopisuje.- odwróciła się w stronę przyjaciółki.
- To wolny kraj, wolno się śmiać.
- Tak, chyba nas za to nie zamkną.
- No dobra, dowcipnisiu, na co się tak patrzysz?
- Na... to coś.
- Hmmm...- Grażyna uśmiechnęła się zawadiacko.
- Czy tutaj są... drzwi?- spytała Wera z niedowierzaniem.
- Owszem, są, i to od dawna. Aż dziwne, że zauważyłaś je dopiero teraz.
- Dokąd prowadzą? Co za nimi jest?
- Nie domyślasz się? Pomyśl chwilę...
- Wolność? Świat normalnych ludzi?- Wera jakby sama nie wierzyła w to, co mówi.
- Brawo!
- Czy można przez nie przejść?
- Oczywiście, że można. Skoro tu są, to znaczy, że można.
- Przejdziemy?- spytała poważnie Wera patrząc przyjaciółce prosto w oczy.
- To nie jest dobry pomysł.
- Żartujesz?!? Niby dlaczego?
- Stamtąd już nie ma powrotu. Jeżeli przejdziesz przez te drzwi, to zostaniesz po tamtej stronie już na zawsze. Będzie to nieodwołalna decyzja, bo po tamtej stronie nie ma klamki.
- A skąd ty wiesz, że nie ma klamki?
- Po prostu wiem, czuję to. Uwierz mi.
- Jebana jasnowidzka!- krzyknęła ze złością Wera, po czym odeszła.

Tej nocy nie mogła zasnąć, wszystko ją drażniło. Gdzieś w oddali szczekał pies, po chwili zaczął miauczeć jakiś kot. Marzec? No kurwa, nie marzec przecież! Rażące światło i ciche rozmowy strażniczek, któraś z nich kupiła sobie nowe rajstopy. Mocne i grube. Druga z kolei ma nowe rękawiczki i zupełnie nową apaszkę. Wera chętnie udusiłaby ją tą apaszką, byleby tylko przestały trajkotać i zamknęły mordy. Niech dadzą ludziom pospać!

To było dziwne, że nagle dopadła ją bezsenność, zazwyczaj miała mocny sen, spała twardo jak kamień. Rzekłaby nawet, że spała jak zabita, ale w takim miejscu zabrzmiałoby to co najmniej nieprzyzwoicie. Tylko sen jej pozostał, tylko w snach była całkowicie wolna. Tylko w snach była Weroniką.

Dlaczego teraz nie mogła zasnąć? Dlaczego akurat dzisiaj? W głowie ciągle miała obraz drzwi, ten obraz ulokował się na dobre w jej myślach i nie miał zamiaru ich opuścić, nie chciał zostawić jej w spokoju. Drzwi, nietypowe drzwi, drzwi do innego świata, do wolnego świata... Co z tą Grażyną jest nie tak, że woli zostać tutaj?

Rano Wera nie musiała się budzić, gdyż całą noc nie spała.
- Śpisz?!?- usłyszała nagle nad sobą.
- Przejdę dziś przez drzwi.- oznajmiła twardo i stanowczo.
- Werka, błagam cię, nie rób tego.- Grażyna zdawała się być przerażona.
- Chcę być wolna, chcę być normalna.
- Wolności nie ma i nie będzie. Reguły normalności ustalają wyłącznie ludzie, którzy mają taką władzę, aby narzucać innym, co jest normą, a co normą nie jest.
- Nie filozofuj mi tu.
- Gdyby ci nie wmówiono, że dana rzecz jest normalna, i gdyby nie przedstawiono ci tej rzeczy jako normalnej, to nie uznałabyś jej za normę, prawda? Gdybyś była dzieckiem i ktoś bliski powiedziałby ci, że kasza manna jest trucizną lub że chodzenie w sukienkach jest złe i nieprzyzwoite, to jakie byś miała podstawy, by nie uznać tych twierdzeń za aksjomaty?
- Jak stąd wyjdę, to zapiszę się na filozofię i wtedy podyskutujemy.
- Nie podyskutujemy, bo mnie wtedy przy tobie nie będzie.
- Graża, o co ci chodzi? Przecież mogłybyśmy wreszcie być wolne!- Wera poczuła irytację z powodu uporu przyjaciółki.
- Nie jestem Graża, tylko Grażyna.
- Tutaj nigdy nie będziesz Grażyną, tutaj zawsze będziesz tylko jedną ze skazanych. Zawsze będziesz numerkiem w celi, który ma siedzieć cicho i podporządkować się tym pojebanym strażniczkom.
- A może tak właśnie wygląda normalność?
- Znowu zaczynasz...- westchnęła Wera.
- A skąd ty wiesz, czy właśnie tutaj, w więzieniu, nie jest normalnie? Może właśnie tutaj panuje normalność?
- Nie dogadamy się.- powiedziała zrezygnowana, po czym nakryła głowę kołdrą dając tym samym do zrozumienia, że chce mieć spokój.

Wreszcie nadeszła ta chwila, to był jej moment, jej czas. Stanęła zdenerwowana przed drzwiami i chwyciła za klamkę. Przekręciła ją i weszła do środka. Drzwi się zamknęły.

Wolność... a więc tak to wygląda? Nic niezwykłego. Szare ulice, szarzy ludzie poubierani na szaro. Nawet niebo było szare. "Dokładnie takie samo jak u nas"- pomyślała Wera. U nas?!?

Zobaczyła ptaki - te, które wcześniej dokarmiała. One nie cieszyły się wolnością, nie okazywały dzikiej radości. Były takie jak zawsze, mimo że były przecież za murem. Dlaczego się nie cieszyły? Powinny.

Zaczęła przyglądać się szarym ludziom poubieranym na szaro. W kółko coś mówili, w kółko gdzieś pędzili nie zwracając kompletnie uwagi na siebie nawzajem. Co było z nimi nie tak? Teoretycznie chyba nic, przecież byli wolni i normalni.

Po kilku godzinach spędzonych na spacerowaniu i obserwowaniu otoczenia Wera poczuła się zmęczona i usiadła na ławce. Ta ławka wydała jej się jakaś taka bezosobowa. Dlaczego, z jakiego powodu? No tak, doszło do niej po chwili. Po prostu siedziała na niej zupełnie sama, nie miała przy sobie przyjaciółki, nie było Grażyny.

Szarzy ludzie poubierani na szaro szybko mijali Werę i nie zwracali na nią uwagi. Po chwili namysłu Wera postanowiła poszukać miejsca, w którym ludzie zbierają się na posiłki. W końcu posiłki to ważna sprawa, integrują i sprawiają, że zostaje się członkiem danej społeczności. Pełnią niezwykle ważne funkcje. W czasie posiłków kwitnie życie towarzyskie.

Szukała i szukała, bardzo długo i jeszcze dłużej. I nic. Trafiła jedynie na jakieś dziwne stołówki, w których ludzie ze sobą w ogóle nie rozmawiają, każdy siada przy oddzielnym stoliku, a za jedzenie jeszcze trzeba zapłacić kawałkami papieru.

Część szarych ludzi jadała w biegu. "To ciekawe"- pomyślała Wera. Aż tak bardzo nie mieli czasu, że robili po kilka rzeczy naraz. Po to, by nie stracić nawet sekundy. Ciągle gdzieś biegali, a to do autobusu, a to na drugą stronę ulicy, gdziekolwiek, byleby tylko biec.

A więc tak wyglądają normalni ludzie, porządni obywatele... Wera była trochę rozczarowana. Trochę? No załóżmy, że tylko trochę. Rozczarowana i zła na siebie. Zatęskniła. Mocno zatęskniła za Grażyną, za innymi współwięźniarkami, za siłownią, biblioteką, spacerniakiem, świetlicą, stołówką, swoją celą, a nawet za strażniczkami. Zapragnęła nagle nauczyć się robić na drutach lub na szydełku. Zrobiłaby strażniczce jeszcze ładniejszą apaszkę.

Wstała z ławki i poszła z powrotem w stronę niezwykłych drzwi. Grażyna miała rację, nie było w nich klamki, nie można było wrócić do tzw. więzienia. Więzienia? "Może właśnie teraz jestem w więzieniu, może to ten świat jest więzieniem, a nie tamten?"- przyszło jej nagle do głowy. Jebana jasnowidzka! Czemu tym razem też musiała mieć rację? Trzeba było jednak zawierzyć słowom przyjaciółki. Wolności nie ma i nie będzie. Wera bardzo żałowała, że uświadomiła to sobie zbyt późno, wszak decyzja została już podjęta. Co teraz ma ze sobą zrobić w tym nowym świecie?

Nie mogła już wrócić, musiała tu zostać. Wróciła na "swoją" ławkę. Ponownie dostrzegła ptaki - te, które wcześniej dokarmiała. One nie cieszyły się wolnością, Wera też nie. Bo wolności tu nie ma i nie będzie. Wyjęła resztki chleba ze śniadania, rzuciła je przed siebie. Ptaki przyleciały. Kolejny piękny dzień zostanie wkrótce zamknięty gdzieś tam w szczelinach między betonowymi płytami chodnika.

Bądź na bieżąco

Introwertyczka na Bloggerze Introwertyczka na Wordpressie Introwertyczka na Weebly Introwertyczka na Facebooku Introwertyczka na Twitterze Introwertyczka na Tumblerze Introwertyczka na Youtube Introwertyczka na Pinterest Introwertyczka na We♥it Introwertyczka na Bloglovin Introwertyczka na Google+ Introwertyczka na Google+ Introwertyczka na Pingerze Introwertyczka na Filmwebie Forum dla Ciebie Introwertyczka na Disqusie Napisz do mnie Subskrybuj blog
Kopiowanie wierszy i opowiadań jest zabronione. Wszelkie prawa zastrzeżone.